Uroki nadwiślańskich plaż - "pogoda na medal,

Wisła jak grzana"

Strona Główna » Historia » Kultura i rozrywka » Uroki nadwiślańskich plaż - "pogoda na medal, Wisła jak grzana"

Plaża Braci Kozłowskich w 1936 roku, w tle widoczny Most Poniatowskiego, źródło: wystawa plenerowa "Nad Wisłą..." [Święto Wisły 2010]

 

Nie dla wszystkich gorące lato to czas wypoczynku na łonie natury, sennego wygrzewania się na odległych plażach Bałtyku. Ci, którzy nie wyjeżdżają z Warszawy na letni wypoczynek, próbują jak najlepiej spożytkować swój wolny czas. Dawniej, w letnie popołudnia wielką popularnością cieszyły się złote piaski nadwiślańskich plaż, na których wypoczywały tysiące mieszkańców Warszawy. Dzisiaj, plażowiczów można policzyć na palcach jednej ręki. Może, Stolica oferuje ciekawsze rozrywki albo więcej warszawiaków wyjeżdża poza miasto? Raczej nie. Odstraszają zakazy kąpieli w zanieczyszczonej Wiśle i brudne plaże. Jednak nie zawsze tak było, warto przyjrzeć się czasom największej popularności miejskich nabrzeży.
 

W upalne dni całe rodziny spędzały popołudnia na plażach po stronie praskiej. Do najbardziej znanych i popularnych warszawskich plaż dwudziestolecia międzywojennego, a zwłaszcza lat '30, zaliczały się "Poniatówka" i plaża Braci Kozłowskich, na południe od mostu Poniatowskiego, wzdłuż brzegu Saskiej Kępy. Były to plaże płatne, dlatego mniej zamożni warszawianie korzystali z plaż ogólnodostępnych, np. na Golędzinowie lub na peryferyjnym nabrzeżu "łuku siekierkowskiego". Plażowiczów przyciągała nad Wisłę możliwość uprawiania sportów wodnych oraz wiele atrakcji, oferowanych w ramach pobieranej opłaty. Królowa polskich rzek przyciągała czystą wodą i złotymi piaskami, chociaż na miłośników kąpieli czekał porywisty nurt i zdradliwe wiry rzeki. Żegluga wiślana prosperowała bardzo dobrze. Statki wycieczkowe kursowały nie tylko w okolice Warszawy, ale także dużo dalej. Biura turystyczne oferowały rejsy do Gdańska i Gdyni, skąd odpływały większe okręty do Szwecji, Norwegii, bądź za Ocean. Właśnie w taki sposób, prezydent Warszawy Stefan Starzyński spędził swój urlop w 1939 roku, płynąc na norweskie fiordy. Warszawiacy z chęcią zażywali kąpieli w Wiśle, żeglowali, opalali się, grali w karty, jedli, pili albo tańczyli na prowizorycznych "dechach". Jan Erdman pisał w artykule "O sporcie", w przewodniku literackim po stolicy "Jesteśmy w Warszawie", wydanym w 1938 roku:


"...nabrzeże Wisły. Latem znajdziesz tu wszystko, czego Twoja wodna dusza zapragnąć może. Wioślarstwo, żeglarstwo, kajaki, szkoły pływackie, plaże - czego chcesz jeszcze? Jeśli kto sprawia zawód, to tylko Wisła, która tak chudnie podczas upałów, że organizowanie regat grozi w każdej chwili skaptowaniem na białych mieliznach".

 

Włodzimierz Bartoszewicz w książce "Piórkiem o Warszawie", żartobliwie wspominał przedwojenne plażowanie warszawiaków:

 

"Na zdeptanym tysiącami stóp piasku leżały całe rodziny, smażąc się w słońcu. Bardziej przedsiębiorczy grali w karty lub raczyli się wódką, zagryzając ogórkiem z kiełbasą. Samotni kawalerowie i słomiani wdowcy przechadzali się z wolna wśród zalegających plażę ciał, wypatrując łatwej zdobyczy. Bywało, że przysiadali na piasku niby zmęczeni chodzeniem, tuż koło leżącej we wdzięcznej pozycji nimfy w ciemnych okularach i z listkiem łopianu na nosie. By nie płoszyć zwierzyny zaczynali rozmowę od wygłaszanych podniesionym głosem uwag:

- Widziałeś, Jasiu, taką śliczną panienkę? Bo ja nie. Aż przykro się robi, jak pomyślisz, że taka samotna na tej plaży.

- No właśnie! To samo sobie myślałem. Pogoda na medal, Wisła jak grzana, a to biedactwo leży sama, jak jaka sierota.

Cisza. Nimfa nie reaguje. Udaje, że drzemie

- Jak myślisz, Feluś? Bo żeby miała z kim - leżałby tu jaka ofiara losu? Skąd? Zaraz by się poszła kąpać. Ale tak co? Boi się biedactwo.

Cisza.

- O rany, Jasiu. Patrz, jak się przypala! Aż syczy!

- Faktycznie. O, a tu, na tej ślicznej nóżce - zobacz jakie bąble wyskoczyli. Jak śliwki.

- Gdzie? - woła przerażona nimfa - gdzie bąble? - i gorączkowo ogląda nogę.

Lody zostały przełamane. Po chwili cała trójka zanurza się w mętne fale Wisły i opryskuje brudną wodą. Na plaży, nad brzegiem, czeka już na nich Zegmont - lodziarz w białej czapce i fartuchu. Stoi nad wielkim kadłubem, owiniętym serwetą, wypełnionym bryłami lodu. Sterczą z nich puszki z lodami.

- Lody, lody, lody! Śmietankowe, malinowe, cytrynowe! Lody, lody ,lody - woła Zegmont. Otacza go tłum spragnionych golasów.

- Panie szanowny, daj pan trzy porcje. Mieszanych. A dla tej panienki podwójną.

Zapada wieczór. Golasy zaczynają zbierać się do odwrotu. Ten i ów rozpościera koc czy prześcieradło, by zasłonić przed okiem ciekawych bujne kształty małżonki, ściągającej kostium. Cóż, kiedy zabieg jest jednostronny. Ci z tyłu widzą wszystko i bawią się doskonale.

Plaża powoli pustoszeje. Na poszarzałą sylwetę Warszawy wypływa wielki, blady księżyc".

 

Po wojnie kontynuowano tradycję plażowania. Ponownie popularnością cieszyły się plaże praskie. Największy tłok panował w okolicach zoo - na plaży z pięknym widokiem na Stare Miasto. Lipcowa "Stolica" roku 1964, poświęciła trochę miejsca temu wakacyjnemu tematowi:

 

"Wisła i Warszawa - temat jak rzeka rozległy i jak ona za każdym zakrętem trochę inny. Patrzysz wokół siebie i wedle przyjętego zwyczaju złorzeczysz na tłok i kamienie na plaży, na niedostatek środków sportowych i na łysiny mielizn na wodzie. Kierujesz wzrok przed siebie, a wyobraźnia natychmiast podsuwa obrazy pięknej przyszłości, kiedy to urbaniści zrealizują wreszcie obietnice i zwiążą miasto z rzeką tak, że będzie ona nie tylko fragmentem warszawskiego krajobrazu ale także integralną częścią naszego codziennego życia. Można z kolei odwrócić się wstecz i przypomnieć o początkach organizowania wodnych sportów w stolicy, kiedy to ok. 1885 roku zaczynało działalność wielce dla tej sprawy zasłużone Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, pod wodzą dr. Władysława Stankiewicza...

Można, tylko że w gorący letni dzień w kąpielowym kostiumie i słonecznych okularach, rozsądniej jest zrezygnować w ogóle z wszystkich wywodów i statystyk zejść co prędzej z klubowego pomostu, wyciągnąć się wygodnie na dnie kajaka, jachtu, czy żaglówki, przez bulaj na dziobie (w łodzi każdy robi się fachowcem) ogarnąć wzrokiem wodną drogę i po prostu zaufać Wiśle".

 

Niestety wspomniane w powyższym artykule marzenia o związaniu miasta z Wisłą, nie ziściły się. Co gorsze, z roku na rok z nadwiślańskiego brzegu zaczęło ubywać plażowiczów. Dzisiaj, hasło prezydenta Starzyńskiego - "Frontem do Wisły"! wciąż jest aktualne. Może powróci jeszcze zwyczaj nadwiślańskiego plażowania i znów usłyszymy znane wołanie lodziarza - "Lody, lody, lody! Śmietankowe, malinowe, cytrynowe! Lody, lody ,lody!" 

| 15 lipca 2010 | 23:21

       

© Copyright Mateusz Szczepaniak · naszaStolica.waw.pl · Historia · | O mnie, o stronie | Kontakt | Sąsiedzi | Źródła |