"Dzieci naszej ziemi ujrzały słońce swobody" - Warszawa w listopadzie 1918 r. Jak rodziła się Niepodległość?

  

Mieszkańcy Warszawy zdejmują niemieckie szyldy z budynków - Krakowskie Przedmieście róg Miodowej, 10 listopada 1918, źródło: "Stolica", nr 11, 2008.

19 listopada 2011

Październik i listopad 1918 roku upłynęły w Warszawie w atmosferze oczekiwania na kapitulację Niemiec, które od 6 sierpnia 1915 r. okupowały miasto. Klęska Cesarstwa Niemieckiego i Monarchii Austro-Węgierskiej podczas I wojny światowej oraz rewolta bolszewicka w carskiej Rosji, umożliwiły wskrzeszenie suwerennego Państwa polskiego. Gdy upadały monarchie zaborców, okupujących polskie ziemie, żaden polski działacz niepodległościowy oprócz Józefa Piłsudskiego nie miał wystarczającej siły i instrumentów, zdolnych do przejęcia władzy. U progu Niepodległości był jedynym człowiekiem, który potrafił zorganizować administrację, wojsko oraz przekonać wyczerpane wojną społeczeństwo do podjęcia wysiłku odbudowy Polski.

"Zbliżała się godzina 7, kiedy książę Lubomirski zawołał: >>Pociąg jedzie<<. W tejże chwili i ja zobaczyłem kłęby dymu nad kominem lokomotywy wjeżdżającego powoli na dworzec pociągu. Książę Z. Lubomirski szedł prędko, dużymi krokami, w kierunku zbliżającego się pociągu. Starałem się, żeby mnie nie wyprzedzał. Pociąg zatrzymał się. Komendant Józef Piłsudski stał już na platformie wagonu gotując się do zejścia. Za nim zobaczyłem obywatela Szefa, pułkownika Kazimierza Sosnkowskiego. Józef Piłsudski zszedł z wagonu na peron, książę Zdzisław Lubomirski przystanął, ale zanim zdążył przemówić, nagłym ruchem wysunąłem się naprzód, przegradzając go od Komendanta. Zdjąłem kapelusz i powiedziałem następujące słowa powitania: >>Obywatelu Komendancie, w imieniu Polskiej Organizacji Wojskowej witam Obywatela Komendanta w stolicy.<< Komendant podał mi rękę mówiąc: >>Dziękuję wam!<< Wtedy odsunąłem się sprzed zaskoczonego moim niespodziewanym manewrem Regenta. Teraz ks. Zdzisław Lubomirski powitał Józefa Piłsudskiego w imieniu Rady Regencyjnej, po czym nastąpiły dalsze powitania." [1] - wspominał przyjazd Józefa Piłsudskiego na warszawski dworzec Wiedeński, 10 listopada 1918 roku, komendant POW w Warszawie - Adam Koc.

Powrót Komendanta

Wiadomość o zwolnieniu Józefa Piłsudskiego z internowania w Magdeburgu i przyjeździe do Warszawy, rozeszła się po mieście w niedzielny wieczór 9 listopada. Przyszłego Naczelnika spodziewano się na dworcu Wiedeńskim w południe następnego dnia, lecz pociąg pośpieszny z Berlina dotarł do Warszawy już o godz. 7:36. Zaskoczeni biegiem zdarzeń mieszkańcy Warszawy nie zdążyli przybyć na miejsce historycznego powitania, dlatego, na peronie oczekiwała jedynie oficjalna delegacja. Józefa Piłsudskiego i szefa sztabu Kazimierza Sosnkowskiego powitał książę Zdzisław Lubomirski - członek Rady Regencyjnej, z adiutantem rotmistrzem hr. Rostworowskim oraz komendant Polskiej Organizacji Wojskowej w Warszawie, Adam Koc. Mocą wyobraźni możemy przewidzieć jaki tłum mieszkańców Warszawy oczekiwałby Józefa Piłsudskiego, gdyby przybył kilka godzin później. Mimo to, wieść szybko się rozeszła, a ludność wyszła w pośpiechu na ulice, wznosząc okrzyki radości: "Niech żyje Piłsudski i jego szef sztabu!". W relacji Koca znamienna zdaje się kolejność powitań. Z punktu widzenia żołnierza POW ważne było pierwszeństwo i meldunek gotowości przedstawiciela organizacji powołanej przez Piłsudskiego, przed uściskiem dłoni Lubomirskiego - członka Rady Regencyjnej, czyli organu władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, która pomimo polskiego charakteru, nie cieszyła się wśród społeczeństwa autorytetem.

Po chwili Komendant wsiadł z księciem Lubomirskim do oczekującego przed dworcem samochodu i odjechał do pałacu Branickich na Frascati, zaś Kazimierz Sosnkowski w towarzystwie przyjaciół odjechał dorożką. Księżna Maria Lubomirska - małżonka Zdzisława Lubomirskiego, zapisała tego dnia w swym dzienniku: "Zdziś wstał wcześnie rano, by spotkać Piłsudskiego przed ósmą na dworcu. (...) Zdziś własne zaproszenie narzuca, prosi komendanta do samochodu, herbatę na Frascati zapowiada i o rozmowę prosi. (...) Tłumu nie ma na kolei, bo godzina wczesna, a przyjazd bohatera niespodziewany. Gdzieniegdzie grupki poznają - wykrzykują. (...) Długo Zdziś konferował z Piłsudskim po herbacie... malował położenie, przemawiał gorącymi słowy; Polak do Polaka - ambicję podniecał, wyrażając mocne przekonanie, że on jeden Polskę zbawić potrafi w tym historycznym momencie najważniejszym ze wszystkich; sam należąc do szeregu poległych, z zaufaniem gotów oddać władzę Piłsudskiemu - który zwycięzcą być musi! Piłsudski słuchał - mówił mało - nie chciał wyrażać zdania przed rozpoznaniem położenia - zawsze zagadkowy, uczynił na Zdzisiu raczej dodatnie wrażenie, ale wydał mu się mizerny i zmęczony więzieniem." [2]

Około godz. 11.00 Komendant udał się do pensjonatu przy ul. Moniuszki 2, gdzie wkrótce wydarzyły się historyczne sceny. Mimo deszczu i zimna, przed budynkiem zgromadził się tłum, wołający z entuzjazmem: "Niech żyje nasz wódz, komendant, naczelnik narodu!" Ku powszechnej radości Józef Piłsudski wyszedł na balkon, przyozdobiony kwiatami i polskimi emblematami, po czym przemówił do zebranych: "Kochani obywatele, Warszawa wita mnie już po raz trzeci; dziś przyjechałem po dniach niewoli, chory na gardło i piersi, do tego mówić długo nie mogę, witajcie obywatele i bądźcie przekonani, że wszystkie swoje siły oddam na usługi ojczyzny. Za tak serdeczne powitanie dziękuję wam obywatele." Słowa przyjęto z owacją, odśpiewano "Rotę", a gdy na plac Warecki dotarł pochód PPS, rozległ się "Czerwony Sztandar". Wśród zebranych przepychali się gońce z kwiatami i wiązankami, nadsyłanymi do Piłsudskiego z całego miasta. Za paradoks można uznać fakt, że tak wielki mąż stanu rozpoczynał odbudowę Polski, nie mając własnego mieszkania, a nawet zapasowego munduru. W galanterii w hotelu "Savoy" przy Nowym Świecie pośpiesznie zakupiono kilka numerów bielizny, gdyż nikt nie odważył się zapytać Piłsudskiego o rozmiar. Maria Dąbrowska pisała z rozgoryczeniem, podkreślając wagę chwili: "Piłsudski rozczarował mnie. Witany przez tłum, powiedział z balkonu, że jest chory na gardło. Cóż to w takiej chwili może kogo obchodzić. (A teraz to mi się właśnie podoba. Dopisek z maja 1943)." [3]

Po południu na ul. Moniuszki zjawili się przedstawiciele stronnictw politycznych, chcąc porozmawiać z bohaterem dnia. Jedna z delegacji oczekiwała od rozmówcy "kontynuacji tradycji Organizacji Bojowej", lecz usłyszała sprzeczną odpowiedź: "Nie mogę przyjąć znaku jednej partii, mam obowiązek działać w imieniu całego narodu." - powiedział Piłsudski. O godz. 16.00 w pałacu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej - rezydencji abp. ks. Aleksandra Kakowskiego - członka Rady Regencyjnej, odbyła się trzygodzinna konferencja przyszłego Naczelnika z członkami Rady. Później odbyło się spotkanie Piłsudskiego z delegacją niemieckiej Rady Żołnierskiej - Soldatenrat, która zabiegała o bezpieczny wyjazd żołnierzy niemieckich z miasta. Strona polska postawiła warunek - wydanie broni, lokomotyw, wagonów oraz użycie niemieckiej łączności telegraficznej i telefonicznej. Po kilku turach negocjacji obie strony doszły do porozumienia.

Halka rozbraja Niemców

W tym samym czasie szef sztabu Wojska Polskiego mianował płk. Henryka Minkiewicza komendantem Warszawy i okolic. Pułkownik wydał do mieszkańców Warszawy odezwę, wzywając do zachowania spokoju oraz prosząc o powrót do codziennych zajęć, aby nie utrudniać polskim żołnierzom przejmowania majątku pozostającego we władaniu wojsk niemieckich. Zabronił samowolnego rozbrajania Niemców i rozgrabiania magazynów wojskowych, aby dobytek zasilił mienie Państwa polskiego. Była to odpowiedź na nasilające się przypadki rozbrajania zdemoralizowanych żołnierzy niemieckich przez cywilów, którzy tym samym przejmowali broń i amunicję. "Po kilku zaledwie godzinach w mieście zawrzało: zaczęło się rozbrajanie Niemców. Jako dowódca patrolu widziałem na ulicach kilkakrotnie, jak peowiacy, dowborczycy i harcerze (a także cywile, nawet niewiasty i chłopcy) rozbrajali kajzerowskich żołnierzy." [4] - wspominał żołnierz Polskiej Siły Zbrojnej, Stefan Jellenta.

Następnego dnia, od wczesnych godzin rannych ludność Warszawy oczekiwała złożenia broni przez garnizon niemiecki. Oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej, dowborczycy, żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej, milicja miejska oraz straż ogniowa rozpoczęły akcję rozbrajania Niemców, którzy w większości przypadków nie stawiali oporu. Do wymiany ognia doszło m.in. wieczorem poprzedniego dnia, przed dworcem Wiedeńskim, gdzie wbrew zarządzeniom, rozbrojenia dokonała młodzież. Krwawe starcie rozpoczął ślepy strzał w kierunku wartownika niemieckiego, który odpowiedział młodym wyrostkom serią strzałów. Ranni zostali także przechodnie na rogu Nowego Światu i Al. Jerozolimskich, gdzie o godz. 9.00 z ogródka kawiarni Nadświdrzańskiej, padły trzy strzały, które ciężko zraniły kobietę i mężczyznę. Do poważniejszego starcia doszło na placu Teatralnym, przed gmachem ratusza, w którym zabarykadowała się policja niemiecka ze swym dowódcą - Helmuthem von Glasenappem [5]. Żołnierze odmówili wydania akt policyjnych oraz przygotowanego do wywiezienia z Warszawy, obfitego majątku, składającego się z broni oraz skonfiskowanych towarów.

W tym czasie, po drugiej stronie placu, na scenie Teatru Wielkiego trwała "Halka", która z racji patriotycznego charakteru, decyzją dyrektora opery Janiny Korolewicz-Waydowej, zastąpiła zapowiadaną na ten wieczór premierę "Żydówki". W wypełnionej po brzegi sali, tytułową rolę odegrała osobiście pani dyrektor. Przed rozpoczęciem III aktu poprosiła publiczność, aby po zakończeniu opery opuściła teatr wyjściem dla artystów. Następnie, nie zważając na charakteryzację i przybraną kreację, przeprowadziła polskich żołnierzy na pozycje, z których mogli ostrzeliwać ratusz [6]. Szturm rozpoczęto po północy, atakując spod filarów Teatru Wielkiego i od strony ul. Daniłowiczowskiej. Kanonada strzałów i eksplozji granatów trwała od godz. 2.30, do ok. 5.00. Janina Korolewicz-Waydowa, pisała:

"O sytuacji, jaka była w Ratuszu, mieliśmy ciągle informacje przez telefon łączący Teatr ze Strażą Pożarną, która m.in. zasygnalizowała nam, że załoga niemiecka składa się z 80 ludzi silnie uzbrojonych. Taka załoga mogłaby właściwie cały Teatr roznieść, ale Niemcy nie przypuszczali nawet, że broni go pięciu żołnierzy i kilkunastu dzielnych maszynistów operowych, którzy byli przecież tylko >pomocą moralną<, bo nie posiadali uzbrojenia. W końcu, już rano, Glasenapp skapitulował!" [7]

Ostatecznie Niemcy zgodzili się oddać zgromadzony majątek odpowiednim przedstawicielom strony polskiej, co nastąpiło o godz. 10.00 i trwało do ok. 15.00. Podczas oblężenia policja niemiecka spaliła część akt i ksiąg. Wychodzących z gmachu funkcjonariuszy zrewidowano, podejrzewając o rozprowadzenie między sobą dużych sum pieniędzy z obrabowanego skarbca.

Równocześnie przejmowano obiekty wojskowe i urzędy. O godz. 12.00 komisarze niemieccy - hr. Lerchenfeld, Żychliński i hr. Hutten-Czapski, złożyli wizytę w pałacu Kronenberga przy dzisiejszym placu Małachowskiego, oficjalnie przekazując całą administrację w ręce polskie i prosząc tworzącą się polską władzę, o opiekę i pozwolenie wyjazdu. Wychodząc napotkali Józefa Piłsudskiego. Zaskoczony spotkaniem, powiedział: "Więc po to panowie, wsadziliście mię do Magdeburga, bym teraz musiał ratować waszych ludzi! Lada chwila może krew się polać." Komisarze odeszli w milczeniu.

Obejmowanie obiektów trwało od rana [8]. Na Zamku o godz. 10.00, H. Gruber, W. Umiński, K. Obersztyn i J. Zalewski przejęli w imieniu rządu polskiego oddział wywiadowczy, poczt i telegrafów, reemigracji i spraw jeńców. W południe przejęto Cytadelę, wyposażoną w telegraf bez drutu, z zapasami amunicji, karabinów i armat, a także dworzec Kowelski, na którym kolejarze niemieccy porzucili pracę. Poczta przy placu Wareckim przyjmowała interesantów w trzech okienkach do godz. 12.00, po czym została zamknięta i przekazana w polskie ręce. Po południu Wojsko Polskie przejęło pałac Radziwiłłów, zwany także Namiestnikowskim, w którym mieściło się gubernatorstwo niemieckie. W tym czasie w pałacu Paca przy ul. Miodowej, prezes sądu okręgowego Blaszkowski w towarzystwie wiceprezesów Lemieszewskiego i Nieznańskiego, przejął od przewodniczącego sądu niemieckiego Ritschera, akta spraw sądowych, a polska żandarmeria odebrała pieniądze z kasy.  Do godzin wieczornych, z domów zdjęto wszystkie szyldy w języku niemieckim, co spotkało się z wielkim entuzjazmem warszawskiej ulicy.

W ciągu dnia prezes rady miejskiej Ignacy Baliński i prezydent Piotr Drzewiecki, powitali Komendanta w imieniu Stolicy. O godz. 20.00 doszło do ponownego spotkania Józefa Piłsudskiego z oddającą władzę Radą Regencyjną, która od godz. 17.00 obradowała w mieszkaniu regenta Józefa Ostrowskiego. W czasie posiedzenia podjęto decyzję o przekazaniu władzy wojskowej Piłsudskiemu, "wobec grożącego niebezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, dla ujednostajnienia wszelkich zarządzeń wojskowych i utrzymania porządku w kraju." Odezwę w tej sprawie wydano następnego dnia. Po spotkaniu z Radą, nowy Naczelny Wódz udał się do siedziby komisji porozumiewawczej, gdzie odbyły się dalsze narady dot. powołania Rządu Narodowego.

Wypadki i prowokacje

Niestety, entuzjazm i radość nie udzieliły się całemu społeczeństwu. Gazety odnotowały haniebne zajścia, wywiązane przez ludzi wrogo nastawionych wobec odradzającej się Polski. O godz. 12.00 na ul. Królewskiej przedstawiciele organizacji bolszewickiej rozpoczęli manifestację, wznosząc okrzyki "Precz z Polską!", "Niech żyje Lenin!", "Precz z wojskiem polskim!", na które zareagowali przechodnie, wdając się w bujkę z agitatorami [9]. W stronę 20 polskich żołnierzy, powracających w tym czasie z dowództwa przy Krakowskim Przedmieściu, do koszar przy ul. Ciepłej, padły strzały z rewolwerów. Napastnicy popędzili ul. Marszałkowską, w kierunku ul. Siennej. Wojsko ruszyło w pogoń. Na rogu ul. Wielkiej i Śliskiej bryczka uciekinierów przewróciła się pod salwą z wojskowych karabinów. Jedna osoba zginęła, dwóch rannych sprawców zajścia aresztowano, dwóch innych zbiegło. Nieopodal, w Ogrodzie Saskim o godz. 5 po południu, przechodzący polski żołnierz został napadnięty i ugodzony nożem. Do ekscesów doszło także w dzielnicy żydowskiej, gdzie udaremniono próbę uwolnienia przestępców z Pawiaka, zwiększając ochronę więzienia.

Poczucie rodzącej się wolności i bezkarności wobec opuszczających Warszawę żołnierzy niemieckich, doprowadziło w wielu przypadkach do tragedii [10]. Młodzież biorąca udział w manifestacji patriotycznej, wdała się w bezsensowną strzelaninę na rogu ul. Brackiej i Al. Jerozolimskich. Gdy przed kawiarnią "Cristal" zatrzymał się wojskowy tramwaj linii "M", uczestnicy zgromadzenia zbliżyli się do wagonu i zażądali zdjęcia czapek od jadącego oficera i czterech żołnierzy niemieckich. Trzech z nich uczyniło żądaniu zadość, lecz czwarty odmówił. Wówczas Polacy usiłowali zdjąć czapkę siłą, na co Niemiec cofnął się i wystrzelił pięciokrotnie z karabinu, raniąc śmiertelnie niejakiego Majchrzaka - członka związku zawodowego fryzjerów i wywołując wzburzenie wśród przechodniów, którzy zaatakowali pozostałych Niemców.

Pochód narodowy

Następnego dnia, 12 listopada 1918 r. odbyło się pierwsze nieskrępowane posiedzenie rady miejskiej bez nadzoru władz obcych, na której jednomyślnie przyjęto wniosek o nadaniu honorowego obywatelstwa Warszawy Józefowi Piłsudskiemu, uznając jego zasługi w oswobodzeniu miasta. Tego dnia, Naczelny Wódz wydał pierwszy rozkaz do Wojska Polskiego, w którym czytamy:

"Obejmuję nad Wami komendę w chwili, gdy serce w każdym Polaku bije silniej i żywiej, gdy dzieci naszej ziemi ujrzały słońce swobody w całym jej blasku. Z Wami razem przeżywam wzruszenie tej godziny dziejowej, z Wami razem ślubuję życie i krew swoją poświęcić na rzecz dobra Ojczyzny i szczęścia Jej obywateli. Żołnierze! W ciągu wojny światowej w różnych miejscach i warunkach tworzyły się próby formacyj wojskowych polskich. Przy kalectwie — zdawało się — nieuleczalnym naszego Narodu próby nawet, gdy były szczytne i bohaterskie, były z konieczności karle i jednostronne. Pozostałością tych stosunków jest niejednolitość szkodliwa wojsku. Liczę na to, że każdy z Was potrafi siebie przezwyciężyć i zdobędzie się na wysiłek dla usunięcia różnic i tarć, klik i zaścianków w wojsku, dla szybkiego wytworzenia poczucia koleżeństwa i ułatwienia pracy." [11]

"Kurier Warszawski" pisał:

"Życie ulicy warszawskiej poczyna płynąć raźniej i spokojniej. Rozproszyły się już nieprzeliczone tłumy, zalewające chodniki, ulice i place. W ruchu wielkomiejskim daje sie już odczuwać nieco mniejszą nerwowość. Po zrozumiałem napięciu i silnych wstrząśnieniach nastąpiła reakcja: może też przyszło i zrozumienie, że najwłaściwsze dziś miejsce dla każdego kochającego Ojczyznę Polaka jest przy swoim warsztacie pracy.

(...) Wczoraj w godzinach południowych na jednym z domów przy placu Zbawiciela ukazała się gwiaździsta flaga Stanów Zjednoczonych. Wywieszeniu tego sztandaru towarzyszył gorący zapał publiczności, wśród której znajdowali się również żołnierze alzatczycy z trójkolorowemi kokardami. Wznoszono gromkie okrzyki na cześć Wilsona. Ktoś wzniósł po angielsku okrzyk: >>For ever Wilson! For ever the United States of America<<." [12]

Tego dnia przybył do Warszawy Ignacy Daszyński - premier utworzonego w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. tzw. Rządu Lubelskiego, w celu złożenia dymisji i podporządkowaniu się Piłsudskiemu. Zapoczątkowało to proces tworzenia Rządu Narodowego. Następnego dnia Daszyński wziął udział w 50 tys. demonstracji PPS na ulicach Warszawy, w trakcie której przemówił, a na Zamku Królewskim zawieszono czerwony sztandar. Wg Zygmunta Zaremby - działacza PPS, "manifestacja ta zaważyła mocno na szali dalszych wydarzeń." 14 listopada Rada Regencyjna abdykowała, przekazując "obowiązki swoje i odpowiedzialność względem narodu polskiego" w ręce Piłsudskiego. Ten niezwłocznie wydał oświadczenie o powierzeniu Daszyńskiemu misji rekonstrukcji gabinetu, a 16 listopada wysłał do rządów państw zachodnich depeszę, w której notyfikował powstanie niepodległej Polski:

"Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły w skutek świetnych zwycięstw armij sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym." [13]

Następnego dnia, w niedzielne przedpołudnie 17 listopada, odbył się pochód narodowy, mający zaświadczyć całemu światu o zjednoczeniu wszystkich warstw społecznych wobec wspólnej pracy na rzecz zjednoczenia Polski. "W szerokich kołach naszego miasta podnoszona jest myśl o konieczności dania publicznego wyrazu uczuciom, które ogarnęły wszystkich w tych doniosłych chwilach, gdy stolica Polski po 150 latach różnorodnych okupacji, nareszcie została wolna" [14] - pisał "Kurier Warszawski". Udział w manifestacji zgłosiło ponad 110 organizacji z całego kraju [15], dla których Komitet obchodu wyznaczył punkty zborne w kościołach - św. Krzyża, ss. Wizytek, Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca, św. Anny oraz św. Marcina. Czoło pochodu stanowiła grupa z kościoła św. Krzyża, w której skład wchodziły władze państwowe i miejskie, przedstawiciele Wielkopolski i innych dzielnic kraju, cechy, towarzystwa naukowe, stronnictwa polityczne, przedstawiciele Alzacji i Lotaryngii, orkiestra operowa i strażacka. Od ss. Wizytek wyruszyli przedstawiciele wyższych uczelni, szkół średnich i zawodowych, spod kościoła Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca stowarzyszenia kobiet i instytucje obywatelskie, zaś spod św. Anny stowarzyszenia sportowe, prasa i przedstawiciele teatru. Pochód zamykała grupa z kościoła św. Marcina - instytucje dobroczynne i religijne.

Uroczystości rozpoczęły nabożeństwa w świątyniach o godz. 11.00, po czym nieskończony potok manifestantów przeszedł przez Warszawę Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, Alejami Ujazdowskimi, Nowowiejską, przez plac Zbawiciela, do Marszałkowskiej, gdzie rozproszył się w bocznych ulicach. Komitet obchodu apelował do publiczności o przestrzeganie porządku i zalecał przyglądanie się manifestacji w Alejach Ujazdowskich i na ul. Nowowiejskiej. Manifestantów upominano o zachowanie ładu w marszu i śpiewie, a po opuszczeniu pochodu, nakazano niezwłoczne udanie się do domu, aby nie przystawać na chodnikach i nie utrudniać przejścia innym delegacjom. Na okazję marszu, miasto przybrało odświętną dekorację - np. amarantową tarczą orła Jagiellonów przyozdobiono gmach Resursy Obywatelskiej oraz balkon Hotelu Europejskiego. Andrzej Niemojewski pisał:

"Olbrzymi pochód, którego początek i koniec ginął dla oka obserwatora, przypatrującego mu się z balkonu drugiego piętra, był niejako przeglądem sił społecznych. Tak wygląda naród, który, nie mając królów ani prezydentów, nazajutrz po wyjściu okupantów stwarza sobie milicję, sądownictwo, administrację, pocztę, koleje, skarbowość. (...) Łożyskiem ulicy płynęła zwolna fala za falą tego pokolenia, a fal tych pienistemi grzywami były sztandary i chorągwie. A jako muzyka wiatru, która się nad rzeką unosi, tak rozbrzmiewały pieśni, i te, które śpiewali jeszcze odlegli dziadowie, jako i te, które wyrosły z bieżącej doli i nie doli. Więc płynęła stara pieśń legjonów Dąbrowskiego, rozlegał się chorał, błagający Boga o przywrócenie Ojczyny i wolności, dalej ów marsz dzieci Warszawy, którym zwiastowały nastanie dnia chwały, i wreszcie, jak ginący w oddaleniu chór wieków: >Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz<..." [16]

U progu II Rzeczypospolitej

Po latach zepchnięcia do roli miasta prowincjonalnego, Warszawa stała się ośrodkiem formowania władzy państwowej Odrodzonej Polski. Rozmowy Daszyńskiego z przedstawicielami stronnictw politycznych, toczyły się w gabinetach pałacu Kronenberga przez kilka dni. 18 listopada, Daszyński przedłożył Józefowi Piłsudskiemu dwa wnioski do zatwierdzenia - skład Rady Ministrów Republiki Polskiej oraz swoją dymisję. Ustąpienie ze stanowiska było efektem sprzeciwu prawicy, która nie chciała współpracować. Naczelny Wódz przyjął rezygnację oraz opublikował w prasie list, wyrażający "podziękowanie za prawdziwie obywatelską pracę" Daszyńskiego. Na stanowisko premiera powołał Jędrzeja Moraczewskiego, mającego lepsze notowania w kręgach prawicowych, z którymi Piłsudski szukał politycznego ułożenia. Tego samego dnia, Moraczewskiemu udało się sformować pierwszy rząd II Rzeczypospolitej.

22 listopada ukazał się dekret rządowy z kontrasygnatą Piłsudskiego, ustanawiający najwyższą władzę w Rzeczypospolitej Polskiej. Na mocy dokumentu, tymczasowym Naczelnikiem Państwa do czasu zwołania Sejmu Ustawodawczego został Piłsudski. Na siedzibę głowy Państwa osobiście wybrał Belweder, przygotowany do nowej funkcji przez kustosza Kazimierza Skórewicza. Odrzucił reprezentacyjny Zamek, uważając, że mogą w nim rezydować królowie, a sąsiadujący pałac Pod Blachą uznał za nieodpowiedni. Naczelnik przybył do Belwederu 29 listopada, w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego. Na dziedzińcu dokonał przeglądu pododdziałów, wystawionych przez Szkołę Podchorążych pod dowództwem kapitana Mariana Kukiela. Kilka lat później, powrócono do tej tradycji, zaciągając co roku przed Belwederem wartę w historycznych mundurach z 1830 roku, co cieszyło się dużym zainteresowaniem warszawian [17].

W takiej atmosferze przebiegały przełomowe dni listopada 1918 roku, gdy po latach zniewolenia, zrodziła się suwerenna i niepodległa Polska. Przed młodym Państwem stanął ogrom wyzwań - począwszy od walki o sporne granice, po ustrój i ustawodawstwo. Wkrótce solidarność społeczną zastąpiły polityczne przepychanki, odżyły dawne podziały i spory. Jednak tym razem, dywagacje prowadzono na nieskrępowanym gruncie wolności, z myślą o przyszłym kształcie suwerennej Polski. Maria Dąbrowska pisała: "W tym wszystkim wstaje Polska. I nikt nie widzi jak jest piękna. Nikt nie spostrzega w tym zgiełku."